VI Niedziela zwykła, Rok B

opublikowano w: Lectio Divina | 0

Mk 1, 40-45

 

Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadłszy na kolana, prosił Go: „Jeśli zechcesz, możesz mnie oczyścić „. A Jezus, zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: „Chcę, bądź oczyszczony”. Zaraz trąd go opuścił, i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: «Bacz, abyś nikomu nic nie mówił, ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich”. Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego.

 

Serce Jezusa jest pełne litości. Wyzwala ją każda pokorna prośba, w której kryje się wyznanie wiary w to, że może On ją spełnić Swoją Boską mocą. Trędowaty nie ma nic do stracenia – przychodzi do Pana i upadając przed Nim prosi o niemożliwe. Taka postawa otwiera przestrzeń dla Bożej interwencji – człowiek staje bowiem w prawdzie o sobie samym, o swojej małości, zależności od Stwórcy, niemożliwości całkowitego panowania nad tym, co się wokół niego dzieje.

Im głębiej uznamy tę prawdę, tym więcej „miejsca” pozostawimy Bogu do działania. Gdy mimo wszystko liczymy jeszcze na swoje umiejętności, możemy czasami ograniczać Jego wpływ na nasze życie. Nie chodzi tu o bierne przyjmowanie swojej egzystencji i liczenie tylko na „pomoc z góry”, ale o postawę wolności i zaufania wobec miłującego prowadzenia Bożej łaski. Dzisiejszy człowiek często o tym zapomina, w ogóle „wypraszając” Boga ze swojego życia. Świat zdaje się być tak zachwycony swoimi osiągnięciami i postępem cywilizacyjnym, że wręcz przeczy istnieniu Stwórcy.

Pycha, która dyktuje takie podejście, jest niesamowicie zaślepiająca, dlatego tak trudno jest rozmawiać z ludźmi nią omamionymi.

Trędowaty z dzisiejszej sceny ewangelicznej niesie w sobie prawdę o ludzkiej kondycji, która z jednej strony jest niesamowita, otwarta na zawrotny wręcz rozwój, a z drugiej – po prostu skończona. W którymś momencie przychodzi się zmierzyć z tym, czego sami nie jesteśmy w stanie pokonać. Śmierć, choroba, porażka, zdrada… Jest tyle sytuacji granicznych. Bywa, że weryfikują one wiarę tych, którzy idą za Panem, pobudzają do pytań i refleksji tych, którzy zawsze liczyli tylko na własne siły, bądź przerastają słabych, których przewodniczką życia była pycha i samowystarczalność.

Chcę, bądź oczyszczony – to sama wola Jezusa, chęć pomocy, są motorem sprawczym cudu. Bóg bowiem sprawia wszystko Swoim Słowem. W Nim nie ma podziału między namysłem a działaniem – są one w Bogu jednym i tym samym aktem. On nie musi analizować, czy zastanawiać się, by wybrać najlepszą możliwość, tak jak to my czynimy. Bóg wie bowiem i przenika wszystko, każda więc Jego myśl jest sprawcza i dokonuje pomyślnie tego, co jest Bożym zamiarem.

Jezus zdaje się być zmuszony nieposłuszeństwem uzdrowionego, by udać się na pustynię, gdyż jego głoszenie spowodowało to, iż nie mógł już jawnie wejść do miasta. Ten gest ma jednak swoje głębsze znaczenie. Oto rozpoczynając dopiero Swoją misję, Jezus ukazuje już, jak się ona zakończy. Weźmie na siebie grzechy wszystkich ludzi wraz z ich nieczystością (tak jak zdjął ją z trędowatego) i zostanie „wypędzony” na pustynię, poza miasto, gdzie na Golgocie odda się Ojcu jako ofiara przebłagalna za wszelkie zło świata. Ku temu będzie zmierzała cała Jego działalność, gdyż właśnie po to przyszedł na świat.