Niedziela Chrztu Pańskiego, Rok C

opublikowano w: Lectio Divina | 0

Łk 3,15-16.21-22

 

Gdy lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest on Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: „Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem”. Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się głos: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”.

 

Lud, który obserwował postępowanie i działalność Jana Chrzciciela, był gotowy obwołać go Mesjaszem, gdyż asceza i styl życia tak bardzo odmienny od innych ludzi, budził w nich domysły o takim jego posłannictwie.

Wszyscy mamy jakieś oczekiwania co do innych ludzi i często nawet co do Boga. Ma się On niejako zmieścić w naszych wyobrażeniach, odpowiadać naszym standardom. To daje nam swoiste poczucie bezpieczeństwa. Nie chcemy być zaskakiwani i patrzymy na Mesjasza – jak owi Izraelici – niejako „od dołu”, przez pryzmat naszej ludzkiej miary.

Tymczasem jednak Bóg przychodzi na ziemię zupełnie nieoczekiwanie – to, co się wydarzyło w Betlejem, nie mieści się w żadnych „przyzwoitych” standardach. Uboga szopka, siano, zwierzęta… Chłód, odrzucenie, peryferia… Tak przychodzi nasz Pan – bez rozgłosu i królewskiego splendoru.

Jan Chrzciciel mówi o Tym, który jest większy od niego i który już nadchodzi. I oto ten Największy staje w tłumie grzeszników, by przyjąć od Jana chrzest, choć sam jest jego dawcą. Czeka w kolejce jak każdy inny człowiek…

Bóg nie mieści się w naszym rozumie, gdybyśmy bowiem mogli Go nim ogarnąć, to nie byłby Bogiem, lecz jedynie jakąś ideą – genialną, lecz skończoną. On jest Miłością, a Miłość nie kalkuluje, nie wylicza, nie dostosowuje się do oczekiwań, nie jest „poprawna politycznie”. Miłość po prostu PRZYCHODZI – w każdych warunkach, niezależnie od naszego przygotowania i od naszych wyobrażeń na jej temat.

Bóg przychodzi niezależnie od tego, czy Go przyjmujemy, czy nie – przyjąwszy ludzką naturę przyszedł na świat jako bezbronne Dziecię; przychodzi do Jana, aby przyjąć chrzest; przychodzi do ludzi spragnionych Dobrej Nowiny i nadziei; przychodzi z pomocą, uzdrowieniem, uwolnieniem; aż w końcu przychodzi do Jerozolimy, by przyjąć krzyż i złączyć się z ludzkim losem aż do śmierci, którą pokona przez Zmartwychwstanie.

Chrzest udzielany przez Jana, był chrztem pokuty – znakiem rozpoczęcia nowego życia, odżegnaniem się od grzechów. Nie miał jednak mocy sakramentalnej – nie gładził grzechów. Jezus tak naprawdę go nie potrzebował, gdyż był bez żadnej winy, lecz stanął w wodach Jordanu, by objawić to, co zapowiedział Janidzie mocniejszy ode mnie. Tak, ten Mesjasz jest nie tylko wyjątkowym człowiekiem, ale samym Bogiem – Słowem Ojca, które przez Ducha Świętego poczęło się w łonie Dziewicy Maryi, by stać się Emmanuelem – „Bogiem z nami”, Bogiem blisko nas, naszym Bratem, Człowiekiem doskonałym. On jest Bogiem, który zasiada do stołu z grzesznikami

I tak czyni do dnia dzisiejszego i czynić będzie do skończenia świata – w Eucharystii przychodzi do grzeszników, słabych ludzi, by dać im siebie samego – Swoją świętość i Swoje Bóstwo. A wszystko to bez rozgłosu, w zwyczajnej nadzwyczajności, którą można zobaczyć jedynie oczyma wiary, będącej decyzją rozumu, by przyjąć za prawdę to wszystko, co nam Bóg objawił przez Swego Syna.